Kategorie
Motoryzacja

Polonezem Caro na Złombol

W tym roku postanowiliśmy z bratem wziąć udział w Złombolu nr 14. Żeby to zrobić, zaczęliśmy szukać odpowiedniego samochodu jako bazy. Jeśli chodzi o model, w zasadzie nie było się nad czym zastanawiać – w dzieciństwie wraz z rodzicami jeździliśmy najpierw maluchem, później Fiatem 125p, a ostateczne starcie z komunistyczną motoryzacją zakończyliśmy w Polonezie Caro w pięknym kolorze zielony metallic. Polonez Caro był też pierwszym autem, w którym legalnie poruszałem się po polskich ulicach 🙂 Podjęliśmy więc decyzję typowo sentymentalną!

Poszukiwania

Pomyślnie dla nas, z niezwykle ciekawą informacją zadzwoniła teściowa brata. W jej mieście był ktoś kto chciał sprzedać takiego poloneza. Tuż przed sylwestrem 2019 brat postanowił to sprawdzić:

Auto na pierwszy rzut oka nie wyglądało zbyt szczęśliwie, rozbity kierunkowskaz, wgniotka prawego lewego błotnika i ogólny brud nie zwiastowały sukcesu. Na szczęście wszystko zaczęło się zmieniać wraz z pierwszym uruchomieniem samochodu. Chodził równo, odpalił od razu, zaś silnik był suchy i wyglądał naprawdę zdrowo. Cena bazowa została uzgodniona i pozostało nam się namyślić.

Parę tygodni później wiedzieliśmy już na pewno, że trzeba będzie jechać i kupić tego poloneza. Na rynku nic ciekawszego nie znaleźliśmy, tym bardziej, że początkowy budżet mieliśmy wyraźnie ograniczony. Pojechałem tym razem z ojcem, który sporo się w swoim czasie najeździł polonezem, żeby ostatecznie zweryfikować, czy technicznie auto będzie dobre.

Kupujemy

Po przyjeździe na miejsce jeszcze raz oceniliśmy „blacharsko” samochód. W zasadzie poza wgniotką nie było się do czego przyczepić, wszystkie elementy oryginalne i zaskakująco mało było rdzy. Starszy pan, sprzedający to auto, w końcu przyczłapał i podał nam kluczyki. Po otwarciu pierwsze niemiłe zaskoczenie: wnętrze było zaniedbane, brudne, szyby zamazane, a kierownica niesamowicie klejąca. Ojca to nie wystraszyło, wsiadł, odpalił i odjechał w siną dal testować samochód. Ja w międzyczasie poznałem nieco historii poloneza, dowiedziałem się o jego eksploatacji i próbowałem negocjować cenę.

Kiedy ojciec wrócił, wyglądał niczym Asterix ze swoim wielkim uśmiechem pod wąsem. Wiedziałem już, że to jedzie! Cenę uzgodniliśmy i dobiliśmy targu. Sprzedawca był na tyle miły, że zaprowadził nas jeszcze do swojej piwnicy, wyciągnął dodatkowe koło zapasowe, wahacz, filtry paliwa, nowy kierunkowskaz i całe wiadro jakichś drobnych części. Chciał nam dać nawet worek kaset VHS z bajkami, ale po zastanowieniu stwierdził sam, że chyba już nikt z nas nie ma odtwarzacza, więc czas zapomnieć o temacie.

Dokumenty podpisane, kluczyki zabrane, losowanie kto prowadzi zrobione – wygrałem, więc wsiadłem i pojechaliśmy do domu. Po drodze konieczna była wizyta na stacji benzynowej, gdzie po dopompowaniu opon próbowaliśmy zatankować i wykryliśmy pierwszą awarię – gumowy wąż do baku był popękany i benzyna ciekła trochę pod auto. Wlaliśmy więc minimalną ilość żeby wrócić i odjechaliśmy. Pierwsze wrażenia z jazdy nie były pozytywne, na myśl cisnęły się różne spostrzeżenia i przekleństwa. Tym autem nie da się jechać – pomyślałem. Było już ciemno i zamazane szyby nie ułatwiały sprawy, jechałem więc 50-60 km/h i próbowałem zrozumieć jak to auto działa. Poza brakiem umiejętności w kierowaniu, rozkminiałem ogrzewanie. Wiecie, że do dopasowania nawiewu trzeba użyć trzech wajch i jednego guzika z potencjometrem? To jest motoryzacja! Kolejne kilometry robiły się jednak coraz bardziej miłe i pod koniec miałem już niezłą frajdę. Udało się nawet dobić do 130km/h, więc potencjał był. 24 stycznia auto zaparkowało w garażu ojca.

Pierwsze sprzątanie (czyt. reanimacja zwłok).

Jak pisałem powyżej, pierwsze starcie z wnętrzem było dość nieprzyjemne. Wiedziałem jednak, że to kwestia gruntownego odświeżenia i wrażenie całkowicie się odmieni. Opróżniłem wnętrze i bagażnik z wszystkich zbędnych elementów, wziąłem odkurzacz i zabrałem się za zabawę. Co się okazało? Po zdjęciu pokrowców siedzeń tapicerka była zawalona kurzem i piachem. Wykładzina była o dziwo w genialnym stanie, gdyż… od 26 lat nikt nie zdjął oryginalnej folii zabezpieczającej, z którą polonez opuszczał fabrykę. Niestety pod folią w nogach kierowcy była pleśń, więc folię wyciąłem. Następne w kolejce było wiadro gorącej wody z wlanym Ludwikiem (a jak!) i kilka porządnych szmatek irchowych. Szyby i tapicerki dosłownie tarłem, żeby usunąć (prawdopodobnie też 26-letni) brud i tłuszcz. Efekty były zdumiewające. Później myjnia bezdotykowa i strzelanie strumieniem wody w skorupy błota w nadkolach. Na koniec przyszedł tester jakości. Jego (a raczej jej) mina zdradza, czy operacja sprzątania została zakończona powodzeniem.

Back in time!

Żeby dodać nieco klimatu, dołożyliśmy naszemu polskiemu DeLorean’owi mały dodatek. Tym razem akcent nie zza żelaznej kurtyny, ale z ulubionego filmu z dzieciństwa.

Wybór jest podwójnie nieprzypadkowy. 1 – Back to the Future, 2 – nasz polonez jest w wersji California Concepts:

Majster, podaj młotek!

Po sprzątaniu przyszedł czas na konieczne naprawy. Pierwszy w kolejności poszedł akumulator, który umarł ze starości. Nie lepszy był fotel pasażera, który z niewiadomych przyczyn był źle zamontowany i bujał się, aż miło. W tej samej rundzie do wymiany poszedł też kierunkowskaz, który otrzymaliśmy od poprzedniego właściciela.

W następnym oknie warsztatowym mieliśmy już przygotowane części zamienne (niewiarygodne jak łatwo na allegro zamówić części do poldka), do wymiany poszedł więc wąż wlewu paliwa, przewód elastyczny z kolektora do filtra powietrza, czujnik pedału stop, zaczepy półki bagażnika, dołożyliśmy też brakujące ramię wycieraczki z tyłu i gumę maskującą lewy przedni reflektor.

Zamówiliśmy nowe opony, bo stare miały równo 18 lat i oprócz oznak spękania jeździły strasznie „jajowato”. Stara guma z natury bywa niebezpieczna, więc szybka zmiana i auto zaczęło zupełnie inaczej się prowadzić.

W kolejnych dniach wybraliśmy się na stację diagnostyczną w celu przetrzepania zawieszenia, hamulców i układu kierowniczego. Znalezione zostało łożysko prawego przedniego koła, wspornik prawego drążka kierowniczego, lewy sworzeń. Poza tym do smarowania linka hamulca ręcznego, czyszczenie zacisków hamulcowych. Ogólny stan bardzo dobry, mechanicznie auto sprawne.

W międzyczasie coś zaczęło dolegać klamce drzwi kierowcy, która zaczęła się blokować, więc trzeba było otworzyć boczek. Na szczęście to była tylko zapieczona sprężyna, nic nie pękło, nic się nie złamało. Pozostało wyczyścić, posmarować i drzwi zaczęły „klikać” jak nowe 🙂 Jak już majstrowałem we wnętrzu, dorobiłem dodatkowy przycisk wymuszający pracę wentylatora i zmieniłem gumowy wieszak tylnego tłumika, bo ten zaczął hałasować…

Konieczna będzie transfuzja…

W następnym odcinku polonez doczeka się wymiany koniecznych akcesoriów i płynów:

  • wszystkie wymienione powyżej mechaniczne
  • filtr powietrza
  • filtr paliwa
  • olej silnikowy + filtr oleju
  • świece
  • płyn chłodniczy + czujnik wentylatora
  • płyn hamulcowy
  • olej w tylnym moście i skrzyni (jeśli będzie potrzeba)

Nie wiem jeszcze co z rozrządem i sprzęgłem, ale o tym dowiemy się po przerwie… 😉

To be continued…

Kategorie
Moto

Poloneza czas zacząć!

Jednym z postanowień noworocznych na 2020 było zrobienie sobie przerwy od biegu katorżnika. Ale wiadomo, życie nie zna nudy – jest nowy rok, są nowe szalone pomysły. Słuchając opowieści pewnego znajomego, przekonałem się do pewnego pomysłu i namówiłem w końcu brata do pojechania na … Złombol. W zasadzie to nie trzeba go było przekonywać, bo jeden z jego sąsiadów codziennie parkuje złombolową furą obok.

Co więc zostało? Poszukać odpowiedniego samochodu.

Kategorie
Birofilistyka

Wizyta w Muzeum Żywiec

Udając się na urlop do Żywca, wypada choć raz zajrzeć do jednego z najlepszych polskich browarów. Dla fanów złocistego trunku jest to pozycja wręcz obowiązkowa! Wycieczki odbywają się tam pod okiem przewodnika, a wstęp kosztuje jedyne kilkanaście złotych, co nie jest dużą kwotą (biorąc pod uwagę to, co czeka na nas na końcu zwiedzania ;). Zwiedzanie zaczynamy od równoległego poznawania historii piwa w dziejach świata oraz historii powstania i rozwoju samego browaru w Żywcu. W połowie wędrówki po muzeum, zostajemy za pomocą specjalnego wehikułu przenieseni w okolice przełomu XIX i XX wieku, do małego miasteczka. Przemykając wąskimi alejkami poznajemy ówczesną kulturę i sposoby na spędzanie wolnego czasu (czyt. odwiedzanie gospody, a w początkach XX wieku barów i kręgielni ;).

foto

I tak docieramy do czasów nam bliższych, poprzez specjalnie skonstruowany labirynt dzięki któremu przypominamy sobie tak charakterystyczne lata 60’te, 70’te i … PRL. Następnie czeka nas kilkunastominutowy spacer po samym browarze, w którym przewodnik przybliża nam technologię produkcji i możliwości browaru. Na sam koniec browar Żywiec częstuje smakowitym piwem, a na pamiątkę dostaje się unikatową szklankę z rysunkiem browaru.

foto

Kategorie
Sport

Bieg Katorżnika 2019

Niby już nie chcieliśmy, nie przygotowywaliśmy się…. A jednak pobiegliśmy kolejny raz! Drużyna kapitana spoko w identycznym składzie ja rok wcześniej stawiła się na starcie. Tym razem zaryzykowaliśmy i zapisaliśmy się na ostatnią godzinę. Szczerze nie polecam, bo trasa została przez poprzednie grupy dosłownie rozjechana/rozpaprana. Było naprawdę trudno, szczególnie w tatarakach pomieszanych z błotem, które w tej edycji wyjątkowo dały w kość. Próbując wydostać się stamtąd poznaliśmy jednego gościa z Częstochowy, który biegnąc później z nami i raz po raz uderzając piszczelami o przeszkody krzyczal z zachwytu „Coś pięknego”. Nie wiem czy to była adrenalina, czy masochizm, ale dzięki temu humor nas nie opuścił.

Kategorie
Motoryzacja

Geneva International Motor Show, Szwajcaria

W końcu… pierwsze międzynarodowe targi motoryzacyjne zaliczone. Przepiękne miejsce w Szwajcarii, nad jeziorem otoczonym górami, dużo luksusu i wszędzie te samochody…

W ramach firmowej integracji wybraliśmy się grupą kolegów na międzynarodowe targi motoryzacyjne w Genewie, na samym zachodnim koniuszku Szwajcarii. Co prawda dominuje tutaj język francuski, ale po angielsku można w zasadzie wszystko załatwić. Sam teren targów znajduje się nieopodal lotniska i hoteli, można więc bez najmniejszego wysiłku przespacerować się pomiędzy wszystkimi kluczowymi punktami. Sam wstęp na targi jest wyjątkowo tani w porównaniu z cenami produktów, jedzenia itd., tak więc później jest już tylko lepiej 😀 Dane mi było zwiedzić targi w ostatnim weekend, dokładnie w sobotę i po spędzeniu tam ok. 6 godzin mogę śmiało powiedzieć, że jest to zdecydowanie za krótko żeby detalicznie pooglądać wszystkie wystawione modele. Można wręcz odnieść wrażenie, że człowiek ledwo „liźnie temat” i dzień się kończy. Wrażenia są niesamowite, hale wystawowe przepastne, a po tylu godzinach wędrowania nogi wchodzą w cztery litery. Co warto z pewnością rozważyć, to termin wizyty – sobota jest słabą opcją ze względu na ilość zwiedzających. Po 13-tej w zasadzie ciężko się przemieszczać, a ok 15-tej niemal nie było widać samochodów pomiędzy ludźmi. Dodatkowo przy markach luksusowych warto zainteresować się zdobyciem zaproszeń, gdyż w normalnym ujęciu można podziwiać super auta tylko z dystansu, tuż za szklanym ogrodzeniem.

Kategorie
Moto

Goin’ Down Geneva

Wysokie góry, cudowne jezioro, gigantyczna fontanna strzelająca wodą w kosmos, otaczające Cię luksusy i piękne samochody – mówi Wam to coś? Jeśli nie, to czas poczytać o świecie i wybrać się do Genewy! W ramach integracji firmowej wybraliśmy się w to wspaniałe miejsce, by posmakować trochę motoryzacji na Geneva International Motor Show 2019!

O tym co tam zobaczyłem, w czym się zakochałem i co mnie bolało, przeczytacie w relacji tutaj.

Kategorie
Sport

Bieg Katorżnika 2018

Do trzech razy sztuka – brzmi powiedzenie! Drużyna kapitana spoko spotkała się ponownie, tym razem w składzie 4-ro osobowym. Tym razem na starcie podzieliliśmy się na pary; szybsi – czyli mój przyjaciel ze swoim kuzynem, wolniejsi – ja (wiadomo), ale tym razem z bratem! Wystartowaliśmy i to była genialna zabawa… przez 2km. Brodząc w tatarakach nieopatrznie chwyciłem się jakiegoś badyla, który rozciął mi środkowy palec prawej ręki na wysokości pierwszego stawu. Krew się rozlała, zauważyłem białe ścięgna pod skórą i kość, ale pomyślałem że nie ma co odpuszczać – w końcu zapłaciłem! Z zaciśniętą ręką do góry zrobiłem ten bieg! A później SOR i te sprawy…

Kategorie
Sport

Bieg Katorżnika 2017

Biorąc udział po raz drugi, byłem już nieco doświadczony co do przebiegu trasy, przygotowania kondycji i zwracania uwagi na to, żeby nie skakać z mostu. Do naszej drużyny „Kapitan Spoko” wciągnąłem do zabawy szwagra i razem pobiegliśmy na 15km. Tym razem kondycja dopisała znakomicie i nie chwaląc się, kilka razy musiałem czekać na swoich kompanów. Nie zmienia to faktu, że kolejny raz zabawa była przednia i szczerze polecam każdemu!

Kategorie
Motoryzacja

Weekend z Fordem Mustangiem

Jako wielki fan niemieckiej motoryzacji z dużym dystansem podchodzę do samochodów japońskich, francuskich czy amerykańskich. Te pierwsze rzekomo niezawodne idą w jakimś niezrozumiałym dla mnie kosmiczno-elektrycznym kierunku (zbyt dużo mangi?), te drugie z wielkimi tradycjami, a wciąż zaskakują mnie dziwacznymi pomysłami stylistów i inżynierów (być może żaby zagryzane bagietkami jednak szkodzą), ostatnie zaś słyną z komfortu i charakteru, ale zawodzą jakością. No tak, zapomniałem o włoskich, tutaj warte nadmienienia pozostają jedynie super marki jak ferrari, maserati czy lamborghini i o tych należałoby marzyć oklejając ściany plakatami. O anglikach nie rozmawiamy, ich motoryzacja jakoś przestała w ostatnich latach istnieć. Poza tym nie ma co wspierać gospodarek spoza Unii 🙂

Dlatego w momencie, gdy w naszej stajni w ALAN’ie pojawił się mustang, nie byłem do końca przekonany dlaczego pojawił się akurat amerykaniec. Czy nie mogło paść na inne auto sportowe? Krótka analiza myślowa i zrozumiałem: wszelkie włoskie, angielskie i niemieckie „exotic sports cars” to wydatki rzędu od 1 mln złotych do nieskończoności, amerykańskie i niemieckie super potwory: 600-800 tyś zł, premium coupe niezależnie od kraju to dalej 400 tyś zł… Zostało więc raptem kilka modeli dostępnych dla przeciętnego zjadacza chleba, czyli kogoś rozsądnego finansowo, ale dalej lubiącego sport. Nissan Z, Mazda MX5, Subaru BRZ, Chevrolet Camaro, Ford Mustand, Dodge Challenger. Niby jest wybór, czemu zatem Mustang? Czy kiedyś dane mi będzie to zrozumieć?

Moje pierwsze wrażenie
Z zewnątrz ok – czerwony kolor, okraszony dodatkowo logotypami musi przyciągać wzrok. Niezłe, dosyć mięsiste linie nadwozia coupe i genialne proporcje od razu ujawniają to, do czego to auto się naprawdę nadaje. Otwieram drzwi i na twarzy pojawia się uśmiech, drzwi bez ramek na szybę, czarna podsufitka, głęboki skórzany fotel i wysoki tunel środkowy zdradzający napęd na tył. Wszystko co prawdziwy sportowy samochód mieć powinien. Siadam, jest twardo i niezbyt ergonomicznie, więc trzeba będzie poświęcić chwilę na przygotowanie pozycji za kierownicą. Linie deski nieco ciosane siekierą – surowe, ale uporządkowane. Widoczność do tyłu zaskakuje, nawet coś widać. Kiedyś siedząc w Porsche 911 zastanawiałem się, czy nie sensowniej byłoby zaspawać tylnej szyby.

Q jak jakość
W pierwszym momencie niełatwo uzyskać optymalne ustawienie pozycji kierowcy, trzeba się pobawić kolumną kierownicy, płaszczyznami fotela, żeby pedały, lewarek zmiany biegów, ręczny i konsola środkowa były w optymalnym położeniu. Nie zmienia to faktu, że po kilku minutach czuję się już jak w wygodnym sportowym ubraniu, wszystko leży jak trzeba i mogę zająć się konfiguracją. Telefon podpięty bezprzewodowo, radio wyłączone (a jak!), nawigacja zminimalizowana, kolor ambientowego podświetlenia wnętrza ustawiony na czerwony. W zasadzie ergonomia super! Wszystko począwszy od urządzeń, a skończywszy na oprogramowaniu jest intuicyjne i po polsku. Działają komendy głosowe, włącznie z „ęą”. Umiem użyć każdej funkcji nie musząc uczyć się auta (chyba zatrudnili niemieckiego inżyniera). Zachwyt, normalnie zachwyt… Stop!

Minuta ciszy dla gościa, który zdecydował się wypuścić ten projekt z przyciskami wyboru trybu silnika i kierownicy z plastiku imitującego chrom. Fuck – rzekłby rodzimy kierowca. Czemu mamy jednocześnie skórę i szczotkowane aluminium na kierownicy, a na konsoli środkowej taki odpustowy plastik? Fuck! Nie… Ford! To właściwsze słowo. Też na cztery litery, jak dupa. Ich księgowy na pewno nie jeździł sportowymi autami, na pewno nigdy nie użył zmiany ustawień samochodu. No nic – obok przycisk Start/Stop, więc klikam i ruszam.

Family and friends
Byłoby to bardzo dziwne gdybym nie sprawdził na znajomych i rodzinie jak sprawuje się takie auto. Jako, że przychodzi mi testować samochód w zimę, krótko przed świętami, rozpoczynam od „sobotniego porannego załatwiania spraw”, by po południu udać się na zakupy prezentowe. W niedzielę urodziny szwagra, ciekawe co powie. I? Żona już po paru minutach mówi mi, że auto zostaje w rodzinie i narzeka na powolnych kierowców. Córka z tylnego siedzenia ciągle krzyczy „Tato, szybciej, wyprzedź”. Kuzyn, dzięki któremu mam bzika na punkcie motoryzacji wychodzi zadowolony i pstryka zdjęcia, jego córka (moja chrześnica) nabiera koloru zielonego przy przyspieszaniu przytulając mocniej swoją maskotkę różowego jednorożca. Ojciec jak zwykle oszczędny w słowach, niczym Asterix podryguje swoim wąsem w nieustającym uśmiechu. Stary dobry kolega po przejażdżce ze wraz z żoną każe mi wjeżdżać do garażu i obmyśla plan, w którym miejscu swojej działki mnie zakopać, żeby auto już u niego zostało. Szwagierka piszczy, a szwagier nie wierzy we wskazówkę prędkościomierza. Druga szwagierka wysyła te swoje „snapchaty”. A teść (z zawodu księgowy) w swoim stylu analizuje „Nie szalej, w poniedziałek musimy iść do pracy!”. To nie może pozostać niezauważone. Chyba auto się podoba!

„Wow patrz”, „Proszę pana, mogę zrobić zdjęcie?”
Popołudniowe zakupy i nocny powrót uświadamiają mnie, że posiadanie sportowego auta demoralizuje moje ego. Nieustające zachwyty dzieci na parkingach, wskazywanie palcem na ulicy w mieście, pokazywanie mi, żebym „dał po garach” na skrzyżowaniu. Wszędzie, dosłownie wszędzie ustępują mi miejsca, jakby jakiś VIP jechał. Nawet w niedzielę pod kościołem syn znajomej z wrażenia nie może wydusić słowa, gdy pozwalam mu usiąść na fotelu kierowcy. Dlaczego na co dzień jeżdżę skodą?

Kłusem czy cwałem?
Nowoczesny samochód sportowy musi udostępniać zmianę profilu jazdy. Tutaj dostępne są dwa takie przyciski: jeden zmienia charakter napędu, a drugi sposób działania kierownicy. Napęd może działać w trybie Normalny, Sportowy+, Tor/Wyścigowy i Na śnieg/mokrą nawierzchnię. Ten pierwszy daje stonowane osiągi, które z zapasem wystarczają do codziennej jazdy. Powiedziałbym wręcz, że wrażenia jak z dobrego, mocnego diesla. Tryb Sportowy+ wyostrza reakcję silnika na gaz w bardzo zasadniczy sposób, a tryb Tor/Wyścigowy wyłącza wszystkie systemy wybaczania kierowcy braków umiejętności. Czwarty tryb uważam za zbędny 😉 Jeśli chodzi o kierownicę, do wyboru mamy tryb normalny, sportowy i komfortowy. Zaczynając od ostatniego, ten jest zdecydowanie zbyt mało responsywny – typowo jak w limuzynach. Normalny nie zachwyca, więc ustawiony mam tryb sportowy. Ten jest idealny, kierownica stawia duży opór i zachęca do ćwiczenia precyzji ruchów. Niezależnie od konfiguracji warto tu nadmienić, że nasz mustang posiada europejską jednostkę 2.3 Ecoboost. 317 koni i 421 Nm w zupełności wystarczają, jeśli chodzi o osiągi. Natomiast dźwięk silnika to spore zaskoczenie. Każdy myśląc „Mustang” słyszy od razu V8. Każdy kto interesuje się motoryzacją i ogląda amerykańskie filmy, ma zakodowany ten niskotonowy bulgot. W naszym modelu mamy pół silnika V8, czyli rzędową 4-kę. Osoby w środku mogą się nabrać, gdyż dźwięk prawdziwego silnika uzupełniany jest „bulgotem” modulowanym z głośników, natomiast na zewnątrz jest nieco gorzej, ale akceptowalnie. Pozytywnie zaskakuje natomiast zawieszenie, które jest dosyć sztywne. Powiedziałbym wręcz, że mało amerykańskie. Auto genialnie trzyma się drogi, pewność prowadzenia powoduje, że nie czuje się prędkości. Nawet podczas pokonywania nierówności jest dość ciche i porównując do zawieszeń gwintowanych bardziej komfortowe. System ESP działa idealnie, ochroni przed każdą niekontrolowaną zmianą kierunku jazdy. Jeśli chodzi o wygodę pasażerów, fotele z przodu są regulowane elektrycznie i manualnie w wielu płaszczyznach. Kanapa z tyłu jest w zasadzie przeznaczona dla małych dzieci. Niby da się przejechać w 4 dorosłe osoby, ale raczej na krótkich odcinkach. Biorąc pod uwagę moją rodzinę 2+1 w zupełności jednak wystarcza. Zaskoczeniem jest na pewno bagażnik, który okazuje się być bardzo pojemny. Jak na auto sportowe, można w nim przewieźć naprawdę wiele prezentów, a miejsca ciągle nie brakuje. Jeśli chodzi o liczby: w moim weekendowym „cyklu mieszanym” auto zadowala się średnio 11 litrami na 100km. Nie jest źle! Podsumowując, jestem w stanie zaryzykować tezę, że w moim przypadku sprawdziłoby się jako auto rodzinne, nawet na wakacje. Jednocześnie zapewniłoby tak niewiarygodne wspomnienia z jazdy, że z pewnością każdy policjant pomógłby mi je utrwalić.

Czemu zatem Mustang?
Ten samochód to z zewnątrz mięsiste bydle, w środku dość surowe, w czasie jazdy nieco „kanciaste”. Ciągle wyzwala brutalne emocje, te dobre i te złe. Łaskocze ego i nie lubi kompromisów. Pije, ale z umiarem. Tu nie ma miejsca na spodnie „rurki”, rozwiane szaliczki i rozciągliwe swetry. Uchwyty na kubki z kawą to nie miejsce na wrzucanie szminki nawilżającej usta, a lusterka są małe, bo nie zwracasz uwagi na fryzurę. Szyby są wąskie, a blachy pancerne. Tapicerka skórzana, plastiki twarde, a w fotelach siedzi się „kwadratowo”. To wady? Nieeee, to cechy. Bo mustang to facet, facet to mustang.

Plusy

  • czarna podsufitka
  • niski dach i drzwi bez ramek
  • surowe, męskie wnętrze
  • nie musi udawać sportowego auta dlatego, że jest hatchbackiem/sedanem
  • wrażenie na parkingach/ulicach/drogach gwarantowane
  • zapas mocy pozwala na jazdę codzienną jak w dieslu
  • dobra ekonomia połączona ze sportowymi osiągami
  • spory bagażnik

Minusy

  • niektóre elementy wnętrza mogłyby być lepszej jakości
  • silnik V8 dawałby prawdziwy dźwięk
  • nie da się przewieźć choinki bożonarodzeniowej
Kategorie
Sport

Bieg Katorżnika 2016

Chwilowa przerwa od muzeów motoryzacyjnych spowodowała, że trzeba było wyznaczyć sobie inny cel na 2016 rok. Postanowiłem więc wkręcić się w sport, a że miałem do pomocy przyjaciela, który mnie uratuje, postanowiłem wziąć udział w mega szalonym biegu…. Biegu Katorżnika. Jak można się domyślić ze zdjęcia, z biegiem niewiele to miało wspólnego. Był za to pot, krew i kontuzja prawej nogi. Uderzając piszczelem w metalową obudowę mostu, skończyłem bieg z opuchlizną, zakażeniem i w konsekwencji z plamami pieniążkowymi. Ale dla tej adrenaliny było warto!