Kategorie
Motoryzacja

Polonezem Caro na Złombol

W tym roku postanowiliśmy z bratem wziąć udział w Złombolu nr 14. Żeby to zrobić, zaczęliśmy szukać odpowiedniego samochodu jako bazy. Jeśli chodzi o model, w zasadzie nie było się nad czym zastanawiać – w dzieciństwie wraz z rodzicami jeździliśmy najpierw maluchem, później Fiatem 125p, a ostateczne starcie z komunistyczną motoryzacją zakończyliśmy w Polonezie Caro w pięknym kolorze zielony metallic. Polonez Caro był też pierwszym autem, w którym legalnie poruszałem się po polskich ulicach 🙂 Podjęliśmy więc decyzję typowo sentymentalną!

Poszukiwania

Pomyślnie dla nas, z niezwykle ciekawą informacją zadzwoniła teściowa brata. W jej mieście był ktoś kto chciał sprzedać takiego poloneza. Tuż przed sylwestrem 2019 brat postanowił to sprawdzić:

Auto na pierwszy rzut oka nie wyglądało zbyt szczęśliwie, rozbity kierunkowskaz, wgniotka prawego lewego błotnika i ogólny brud nie zwiastowały sukcesu. Na szczęście wszystko zaczęło się zmieniać wraz z pierwszym uruchomieniem samochodu. Chodził równo, odpalił od razu, zaś silnik był suchy i wyglądał naprawdę zdrowo. Cena bazowa została uzgodniona i pozostało nam się namyślić.

Parę tygodni później wiedzieliśmy już na pewno, że trzeba będzie jechać i kupić tego poloneza. Na rynku nic ciekawszego nie znaleźliśmy, tym bardziej, że początkowy budżet mieliśmy wyraźnie ograniczony. Pojechałem tym razem z ojcem, który sporo się w swoim czasie najeździł polonezem, żeby ostatecznie zweryfikować, czy technicznie auto będzie dobre.

Kupujemy

Po przyjeździe na miejsce jeszcze raz oceniliśmy „blacharsko” samochód. W zasadzie poza wgniotką nie było się do czego przyczepić, wszystkie elementy oryginalne i zaskakująco mało było rdzy. Starszy pan, sprzedający to auto, w końcu przyczłapał i podał nam kluczyki. Po otwarciu pierwsze niemiłe zaskoczenie: wnętrze było zaniedbane, brudne, szyby zamazane, a kierownica niesamowicie klejąca. Ojca to nie wystraszyło, wsiadł, odpalił i odjechał w siną dal testować samochód. Ja w międzyczasie poznałem nieco historii poloneza, dowiedziałem się o jego eksploatacji i próbowałem negocjować cenę.

Kiedy ojciec wrócił, wyglądał niczym Asterix ze swoim wielkim uśmiechem pod wąsem. Wiedziałem już, że to jedzie! Cenę uzgodniliśmy i dobiliśmy targu. Sprzedawca był na tyle miły, że zaprowadził nas jeszcze do swojej piwnicy, wyciągnął dodatkowe koło zapasowe, wahacz, filtry paliwa, nowy kierunkowskaz i całe wiadro jakichś drobnych części. Chciał nam dać nawet worek kaset VHS z bajkami, ale po zastanowieniu stwierdził sam, że chyba już nikt z nas nie ma odtwarzacza, więc czas zapomnieć o temacie.

Dokumenty podpisane, kluczyki zabrane, losowanie kto prowadzi zrobione – wygrałem, więc wsiadłem i pojechaliśmy do domu. Po drodze konieczna była wizyta na stacji benzynowej, gdzie po dopompowaniu opon próbowaliśmy zatankować i wykryliśmy pierwszą awarię – gumowy wąż do baku był popękany i benzyna ciekła trochę pod auto. Wlaliśmy więc minimalną ilość żeby wrócić i odjechaliśmy. Pierwsze wrażenia z jazdy nie były pozytywne, na myśl cisnęły się różne spostrzeżenia i przekleństwa. Tym autem nie da się jechać – pomyślałem. Było już ciemno i zamazane szyby nie ułatwiały sprawy, jechałem więc 50-60 km/h i próbowałem zrozumieć jak to auto działa. Poza brakiem umiejętności w kierowaniu, rozkminiałem ogrzewanie. Wiecie, że do dopasowania nawiewu trzeba użyć trzech wajch i jednego guzika z potencjometrem? To jest motoryzacja! Kolejne kilometry robiły się jednak coraz bardziej miłe i pod koniec miałem już niezłą frajdę. Udało się nawet dobić do 130km/h, więc potencjał był. 24 stycznia auto zaparkowało w garażu ojca.

Pierwsze sprzątanie (czyt. reanimacja zwłok).

Jak pisałem powyżej, pierwsze starcie z wnętrzem było dość nieprzyjemne. Wiedziałem jednak, że to kwestia gruntownego odświeżenia i wrażenie całkowicie się odmieni. Opróżniłem wnętrze i bagażnik z wszystkich zbędnych elementów, wziąłem odkurzacz i zabrałem się za zabawę. Co się okazało? Po zdjęciu pokrowców siedzeń tapicerka była zawalona kurzem i piachem. Wykładzina była o dziwo w genialnym stanie, gdyż… od 26 lat nikt nie zdjął oryginalnej folii zabezpieczającej, z którą polonez opuszczał fabrykę. Niestety pod folią w nogach kierowcy była pleśń, więc folię wyciąłem. Następne w kolejce było wiadro gorącej wody z wlanym Ludwikiem (a jak!) i kilka porządnych szmatek irchowych. Szyby i tapicerki dosłownie tarłem, żeby usunąć (prawdopodobnie też 26-letni) brud i tłuszcz. Efekty były zdumiewające. Później myjnia bezdotykowa i strzelanie strumieniem wody w skorupy błota w nadkolach. Na koniec przyszedł tester jakości. Jego (a raczej jej) mina zdradza, czy operacja sprzątania została zakończona powodzeniem.

Back in time!

Żeby dodać nieco klimatu, dołożyliśmy naszemu polskiemu DeLorean’owi mały dodatek. Tym razem akcent nie zza żelaznej kurtyny, ale z ulubionego filmu z dzieciństwa.

Wybór jest podwójnie nieprzypadkowy. 1 – Back to the Future, 2 – nasz polonez jest w wersji California Concepts:

Majster, podaj młotek!

Po sprzątaniu przyszedł czas na konieczne naprawy. Pierwszy w kolejności poszedł akumulator, który umarł ze starości. Nie lepszy był fotel pasażera, który z niewiadomych przyczyn był źle zamontowany i bujał się, aż miło. W tej samej rundzie do wymiany poszedł też kierunkowskaz, który otrzymaliśmy od poprzedniego właściciela.

W następnym oknie warsztatowym mieliśmy już przygotowane części zamienne (niewiarygodne jak łatwo na allegro zamówić części do poldka), do wymiany poszedł więc wąż wlewu paliwa, przewód elastyczny z kolektora do filtra powietrza, czujnik pedału stop, zaczepy półki bagażnika, dołożyliśmy też brakujące ramię wycieraczki z tyłu i gumę maskującą lewy przedni reflektor.

Zamówiliśmy nowe opony, bo stare miały równo 18 lat i oprócz oznak spękania jeździły strasznie „jajowato”. Stara guma z natury bywa niebezpieczna, więc szybka zmiana i auto zaczęło zupełnie inaczej się prowadzić.

W kolejnych dniach wybraliśmy się na stację diagnostyczną w celu przetrzepania zawieszenia, hamulców i układu kierowniczego. Znalezione zostało łożysko prawego przedniego koła, wspornik prawego drążka kierowniczego, lewy sworzeń. Poza tym do smarowania linka hamulca ręcznego, czyszczenie zacisków hamulcowych. Ogólny stan bardzo dobry, mechanicznie auto sprawne.

W międzyczasie coś zaczęło dolegać klamce drzwi kierowcy, która zaczęła się blokować, więc trzeba było otworzyć boczek. Na szczęście to była tylko zapieczona sprężyna, nic nie pękło, nic się nie złamało. Pozostało wyczyścić, posmarować i drzwi zaczęły „klikać” jak nowe 🙂 Jak już majstrowałem we wnętrzu, dorobiłem dodatkowy przycisk wymuszający pracę wentylatora i zmieniłem gumowy wieszak tylnego tłumika, bo ten zaczął hałasować…

Konieczna będzie transfuzja…

W następnym odcinku polonez doczeka się wymiany koniecznych akcesoriów i płynów:

  • wszystkie wymienione powyżej mechaniczne
  • filtr powietrza
  • filtr paliwa
  • olej silnikowy + filtr oleju
  • świece
  • płyn chłodniczy + czujnik wentylatora
  • płyn hamulcowy
  • olej w tylnym moście i skrzyni (jeśli będzie potrzeba)

Nie wiem jeszcze co z rozrządem i sprzęgłem, ale o tym dowiemy się po przerwie… 😉

To be continued…