Weekend z Fordem Mustangiem

Jako wielki fan niemieckiej motoryzacji z dużym dystansem podchodzę do samochodów japońskich, francuskich czy amerykańskich. Te pierwsze rzekomo niezawodne idą w jakimś niezrozumiałym dla mnie kosmiczno-elektrycznym kierunku (zbyt dużo mangi?), te drugie z wielkimi tradycjami, a wciąż zaskakują mnie dziwacznymi pomysłami stylistów i inżynierów (być może żaby zagryzane bagietkami jednak szkodzą), ostatnie zaś słyną z komfortu i charakteru, ale zawodzą jakością. No tak, zapomniałem o włoskich, tutaj warte nadmienienia pozostają jedynie super marki jak ferrari, maserati czy lamborghini i o tych należałoby marzyć oklejając ściany plakatami. O anglikach nie rozmawiamy, ich motoryzacja jakoś przestała w ostatnich latach istnieć. Poza tym nie ma co wspierać gospodarek spoza Unii 🙂

Dlatego w momencie, gdy w naszej stajni w ALAN’ie pojawił się mustang, nie byłem do końca przekonany dlaczego pojawił się akurat amerykaniec. Czy nie mogło paść na inne auto sportowe? Krótka analiza myślowa i zrozumiałem: wszelkie włoskie, angielskie i niemieckie „exotic sports cars” to wydatki rzędu od 1 mln złotych do nieskończoności, amerykańskie i niemieckie super potwory: 600-800 tyś zł, premium coupe niezależnie od kraju to dalej 400 tyś zł… Zostało więc raptem kilka modeli dostępnych dla przeciętnego zjadacza chleba, czyli kogoś rozsądnego finansowo, ale dalej lubiącego sport. Nissan Z, Mazda MX5, Subaru BRZ, Chevrolet Camaro, Ford Mustand, Dodge Challenger. Niby jest wybór, czemu zatem Mustang? Czy kiedyś dane mi będzie to zrozumieć?

Moje pierwsze wrażenie
Z zewnątrz ok – czerwony kolor, okraszony dodatkowo logotypami musi przyciągać wzrok. Niezłe, dosyć mięsiste linie nadwozia coupe i genialne proporcje od razu ujawniają to, do czego to auto się naprawdę nadaje. Otwieram drzwi i na twarzy pojawia się uśmiech, drzwi bez ramek na szybę, czarna podsufitka, głęboki skórzany fotel i wysoki tunel środkowy zdradzający napęd na tył. Wszystko co prawdziwy sportowy samochód mieć powinien. Siadam, jest twardo i niezbyt ergonomicznie, więc trzeba będzie poświęcić chwilę na przygotowanie pozycji za kierownicą. Linie deski nieco ciosane siekierą – surowe, ale uporządkowane. Widoczność do tyłu zaskakuje, nawet coś widać. Kiedyś siedząc w Porsche 911 zastanawiałem się, czy nie sensowniej byłoby zaspawać tylnej szyby.

Q jak jakość
W pierwszym momencie niełatwo uzyskać optymalne ustawienie pozycji kierowcy, trzeba się pobawić kolumną kierownicy, płaszczyznami fotela, żeby pedały, lewarek zmiany biegów, ręczny i konsola środkowa były w optymalnym położeniu. Nie zmienia to faktu, że po kilku minutach czuję się już jak w wygodnym sportowym ubraniu, wszystko leży jak trzeba i mogę zająć się konfiguracją. Telefon podpięty bezprzewodowo, radio wyłączone (a jak!), nawigacja zminimalizowana, kolor ambientowego podświetlenia wnętrza ustawiony na czerwony. W zasadzie ergonomia super! Wszystko począwszy od urządzeń, a skończywszy na oprogramowaniu jest intuicyjne i po polsku. Działają komendy głosowe, włącznie z „ęą”. Umiem użyć każdej funkcji nie musząc uczyć się auta (chyba zatrudnili niemieckiego inżyniera). Zachwyt, normalnie zachwyt… Stop!

Minuta ciszy dla gościa, który zdecydował się wypuścić ten projekt z przyciskami wyboru trybu silnika i kierownicy z plastiku imitującego chrom. Fuck – rzekłby rodzimy kierowca. Czemu mamy jednocześnie skórę i szczotkowane aluminium na kierownicy, a na konsoli środkowej taki odpustowy plastik? Fuck! Nie… Ford! To właściwsze słowo. Też na cztery litery, jak dupa. Ich księgowy na pewno nie jeździł sportowymi autami, na pewno nigdy nie użył zmiany ustawień samochodu. No nic – obok przycisk Start/Stop, więc klikam i ruszam.

Family and friends
Byłoby to bardzo dziwne gdybym nie sprawdził na znajomych i rodzinie jak sprawuje się takie auto. Jako, że przychodzi mi testować samochód w zimę, krótko przed świętami, rozpoczynam od „sobotniego porannego załatwiania spraw”, by po południu udać się na zakupy prezentowe. W niedzielę urodziny szwagra, ciekawe co powie. I? Żona już po paru minutach mówi mi, że auto zostaje w rodzinie i narzeka na powolnych kierowców. Córka z tylnego siedzenia ciągle krzyczy „Tato, szybciej, wyprzedź”. Kuzyn, dzięki któremu mam bzika na punkcie motoryzacji wychodzi zadowolony i pstryka zdjęcia, jego córka (moja chrześnica) nabiera koloru zielonego przy przyspieszaniu przytulając mocniej swoją maskotkę różowego jednorożca. Ojciec jak zwykle oszczędny w słowach, niczym Asterix podryguje swoim wąsem w nieustającym uśmiechu. Stary dobry kolega po przejażdżce ze wraz z żoną każe mi wjeżdżać do garażu i obmyśla plan, w którym miejscu swojej działki mnie zakopać, żeby auto już u niego zostało. Szwagierka piszczy, a szwagier nie wierzy we wskazówkę prędkościomierza. Druga szwagierka wysyła te swoje „snapchaty”. A teść (z zawodu księgowy) w swoim stylu analizuje „Nie szalej, w poniedziałek musimy iść do pracy!”. To nie może pozostać niezauważone. Chyba auto się podoba!

„Wow patrz”, „Proszę pana, mogę zrobić zdjęcie?”
Popołudniowe zakupy i nocny powrót uświadamiają mnie, że posiadanie sportowego auta demoralizuje moje ego. Nieustające zachwyty dzieci na parkingach, wskazywanie palcem na ulicy w mieście, pokazywanie mi, żebym „dał po garach” na skrzyżowaniu. Wszędzie, dosłownie wszędzie ustępują mi miejsca, jakby jakiś VIP jechał. Nawet w niedzielę pod kościołem syn znajomej z wrażenia nie może wydusić słowa, gdy pozwalam mu usiąść na fotelu kierowcy. Dlaczego na co dzień jeżdżę skodą?

Kłusem czy cwałem?
Nowoczesny samochód sportowy musi udostępniać zmianę profilu jazdy. Tutaj dostępne są dwa takie przyciski: jeden zmienia charakter napędu, a drugi sposób działania kierownicy. Napęd może działać w trybie Normalny, Sportowy+, Tor/Wyścigowy i Na śnieg/mokrą nawierzchnię. Ten pierwszy daje stonowane osiągi, które z zapasem wystarczają do codziennej jazdy. Powiedziałbym wręcz, że wrażenia jak z dobrego, mocnego diesla. Tryb Sportowy+ wyostrza reakcję silnika na gaz w bardzo zasadniczy sposób, a tryb Tor/Wyścigowy wyłącza wszystkie systemy wybaczania kierowcy braków umiejętności. Czwarty tryb uważam za zbędny 😉 Jeśli chodzi o kierownicę, do wyboru mamy tryb normalny, sportowy i komfortowy. Zaczynając od ostatniego, ten jest zdecydowanie zbyt mało responsywny – typowo jak w limuzynach. Normalny nie zachwyca, więc ustawiony mam tryb sportowy. Ten jest idealny, kierownica stawia duży opór i zachęca do ćwiczenia precyzji ruchów. Niezależnie od konfiguracji warto tu nadmienić, że nasz mustang posiada europejską jednostkę 2.3 Ecoboost. 317 koni i 421 Nm w zupełności wystarczają, jeśli chodzi o osiągi. Natomiast dźwięk silnika to spore zaskoczenie. Każdy myśląc „Mustang” słyszy od razu V8. Każdy kto interesuje się motoryzacją i ogląda amerykańskie filmy, ma zakodowany ten niskotonowy bulgot. W naszym modelu mamy pół silnika V8, czyli rzędową 4-kę. Osoby w środku mogą się nabrać, gdyż dźwięk prawdziwego silnika uzupełniany jest „bulgotem” modulowanym z głośników, natomiast na zewnątrz jest nieco gorzej, ale akceptowalnie. Pozytywnie zaskakuje natomiast zawieszenie, które jest dosyć sztywne. Powiedziałbym wręcz, że mało amerykańskie. Auto genialnie trzyma się drogi, pewność prowadzenia powoduje, że nie czuje się prędkości. Nawet podczas pokonywania nierówności jest dość ciche i porównując do zawieszeń gwintowanych bardziej komfortowe. System ESP działa idealnie, ochroni przed każdą niekontrolowaną zmianą kierunku jazdy. Jeśli chodzi o wygodę pasażerów, fotele z przodu są regulowane elektrycznie i manualnie w wielu płaszczyznach. Kanapa z tyłu jest w zasadzie przeznaczona dla małych dzieci. Niby da się przejechać w 4 dorosłe osoby, ale raczej na krótkich odcinkach. Biorąc pod uwagę moją rodzinę 2+1 w zupełności jednak wystarcza. Zaskoczeniem jest na pewno bagażnik, który okazuje się być bardzo pojemny. Jak na auto sportowe, można w nim przewieźć naprawdę wiele prezentów, a miejsca ciągle nie brakuje. Jeśli chodzi o liczby: w moim weekendowym „cyklu mieszanym” auto zadowala się średnio 11 litrami na 100km. Nie jest źle! Podsumowując, jestem w stanie zaryzykować tezę, że w moim przypadku sprawdziłoby się jako auto rodzinne, nawet na wakacje. Jednocześnie zapewniłoby tak niewiarygodne wspomnienia z jazdy, że z pewnością każdy policjant pomógłby mi je utrwalić.

Czemu zatem Mustang?
Ten samochód to z zewnątrz mięsiste bydle, w środku dość surowe, w czasie jazdy nieco „kanciaste”. Ciągle wyzwala brutalne emocje, te dobre i te złe. Łaskocze ego i nie lubi kompromisów. Pije, ale z umiarem. Tu nie ma miejsca na spodnie „rurki”, rozwiane szaliczki i rozciągliwe swetry. Uchwyty na kubki z kawą to nie miejsce na wrzucanie szminki nawilżającej usta, a lusterka są małe, bo nie zwracasz uwagi na fryzurę. Szyby są wąskie, a blachy pancerne. Tapicerka skórzana, plastiki twarde, a w fotelach siedzi się „kwadratowo”. To wady? Nieeee, to cechy. Bo mustang to facet, facet to mustang.

Plusy

  • czarna podsufitka
  • niski dach i drzwi bez ramek
  • surowe, męskie wnętrze
  • nie musi udawać sportowego auta dlatego, że jest hatchbackiem/sedanem
  • wrażenie na parkingach/ulicach/drogach gwarantowane
  • zapas mocy pozwala na jazdę codzienną jak w dieslu
  • dobra ekonomia połączona ze sportowymi osiągami
  • spory bagażnik

Minusy

  • niektóre elementy wnętrza mogłyby być lepszej jakości
  • silnik V8 dawałby prawdziwy dźwięk
  • nie da się przewieźć choinki bożonarodzeniowej